Istnieją tylko atomy i pusta przestrzeń. Wszystko inne jest opinią. Demokryt


2010-06-02 19:41:47
Bycie buntownikiem, nie różni się od bycia niewolnikiem

O czym to ja... No tak... Dziś nie da się być anty-. Każda forma bycia już nie jest czymś indywidualnym, każdy bunt jest kalkulacją, trybem sprzedaży. Masowa kultura konsumpcyjna nastawiona jest na ułatwianie ludziom życia poprzez sprzedaż idei, by sami już nie musieli ich tworzyć, opracowywać, wytwarzać, żyć z nimi w każdej chwili życia. Teraz dostajemy je w pięknie opakowanej formie już gotowej do użycia. O ile stać nas (a zawsze stać) by kupić.

Czym jest bowiem coś takiego jak Antyradio? Komercją reklam sprzedawanych przy okazji trafiania do ludzi co myślą, że chcą być anty-coś tam. Ale oni są podobni, jako target reklam muszą być. Indywidualny bunt nie istnieje. Będąc anty-coś tam jest się za czymś. Nie neguje się świata, jedynie wybiera się wersję, z którą jest nam najbliżej. Ktoś gdzieś więc wpadł na to, że i negacja jest formą, czymś na czym można zarobić. Coś za czym człowiek pójdzie, nie zgadzając się z obecną rzeczywistością.

To jest kłamstwo. Sprzedawane wersje buntu przeciw rzeczywistości są jej elementem. Nie sprzeciwia się jej realnie, jest jej częścią, elementem wbudowanym. Sprzeciw i bunt jest akceptacją i podporządkowaniem.

Dlatego tak przemawia do mnie idea anarchizmu indywidualistycznego. Czym to jest? Wyobraźcie sobie jako cel osobistą wolność. Może się wam wydawać, że jesteście wolni już teraz. Niektórzy tak jednak nie potrafią. Nie potrafią znieść tej codziennej pseudowolności, zniewolenia codzienności przez otaczające nas zewsząd wpływy czy to prawa, czy to naciski kultury. Media, internet, reklamy, bilboardy, odpowiednie ustawienie książek w księgarni. To wszystko kieruje nami na co dzień. Dajemy się sterować tysiącom czy milionom drobnych, wytwarzanych w nas pragnień, które w końcu uznajemy za własne, choć zostajemy przez nie zniewoleni.

Kimkolwiek jesteśmy zostaje to w nas stłumione, a wytworzona jest druga tożsamość – tożsamość konsumenta kultury.

Mówię temu NIE. Ale nawet jak już napisałem, nawet zbuntować się współcześnie nie można.

Nie ma sensu być a bo ja wiem... sprzeciwiającym się kościołowi ateistą, bo to tylko przystąpienie do jakiejś innej grupy, co to ją łączą wspólne cele, na które muszę się często nieświadomie zgodzić. Mówię NIE.

Nie chcę sie zgadzać z czymkolwiek. Bo to zawsze wiąże się ze zniewoleniem. Matrix jest wszędzie. Zawsze będzie...


skomentuj (3)
2010-05-26 11:49:27
Na kogo będę głosował

Ludzie, którzy mnie znają wiedzą, że moje poglądy wiążą się z dążeniem do równości wszystkich wobec prawa, legalizacji aborcji, związków homoseksualnych, równouprawnienia kobiet, czy zmniejszania wszelkimi legalnymi sposobami różnic w dochodach między bogatymi a biednymi (choćby poprzez wysokie podatki dla najbogatszych). Mając laickie poglądy, sprzeciwiam się uprzywilejowanej pozycji kościoła katolickiego w Polsce, pragnę by zrównał się on w prawach ze wszystkimi innymi organizacjami pożytku publicznego takimi jak na przykład fundacje. Wiązałoby się to z opodatkowaniem dochodów kościoła, i nałożeniem na kościół takich obciążeń jak podatek od nieruchomości, posiadanej ziemi, transakcji handlowych, czy opłat na renty i emerytury pracowników kościoła, czyli księży i zakonnic, które teraz są w całości wypłacane przez państwo. Ale to mała dygresja.

Jestem zwolennikiem społeczeństwa obywatelskiego i uczestniczącego. Chciałbym, aby ludzie w Polsce czuli i brali aktywny udział w życiu społecznym, rozumieli, że jako obywatele mają pewne prawa, z których korzystanie wiąże się z realnym wpływem na otaczającą ich rzeczywistość. Jednym z takich praw jest prawo wyborcze.

W aktualnie toczącej się kampanii wyborczej, jak zwykle 50%+ obywateli w ogóle nie pójdzie do wyborów. To samo w sobie jest tragedią, ale do tego jeszcze wrócę. Ci co pójdą zazwyczaj idą z przekonaniem, że mają do wyboru tylko dwóch kandydatów: Bronka i Jarka, aby ich głos coś znaczył. Nie zgadzam się z tym poglądem. Glos oddany, nie ważne na kogo jest głosem ważnym, jest głosem obywatela akceptującego reguły demokracji i korzystającego z prawa, które mu przysługuje. Co jednak znaczy, jaki jest sens oddania głosu nie na Jarka albo Bronka? Zadajmy najpierw inne pytanie: co znaczy zagłosowanie na jednego z nich?

Wielu ludzi pójdzie głosować na Bronka tylko po to by powstrzymać Jarka. Z mojej lewicowej perspektywy nie ma to sensu(wybór między prawicą a prawicą), a nawet ma sensu mniej. Otóż, gdyby Bronek został wybrany to nic, albo niewiele by się zmieniło. Partia polityczna zwana Platformą Obywatelską jest jakby to dziwnie nie brzmiało partią liberalno-konserwatywną. Przedstawicielom tej partii podoba się tak jak jest. Tak jak jest podoba się również wielu ich wyborcom. Chcą swojej małej stabilizacji. Chcą zachowania status quo i nic nie zmienią. Komorowski podpisze wszystko co mu PO podłoży do podpisania, w końcu czemu miałby nie podpisać? Jest kandydatem bez wyrazu, bez emocji, sztywnym o zaściankowych, szlacheckich korzeniach. Nie reprezentuje sobą żadnej siły osobowości, jest miękki i oczywiście kościółkowy.

Dla mnie jako wyborcy, który nie akceptuje dzisiejszego porządku status quo nie jest w ogóle wyborem.

Pytanie brzmi, co by takiego strasznego się stało, gdyby prezydentem został Jarek? Dziś prosta, naiwna aktywacja wyborców przebiega na tej samej infantylnej śpiewce co w 2007 roku. Głosuj na PO by powstrzymać PiS. Głosuj Na Bronka by powstrzymać Jarka. Jest to hasło szkodliwe, bo jest czystym frazesem, który da wyborcy namiastkę poczucia aktywności obywatelskiej(poszedł w końcu do wyborów), jednocześnie bez głębszego poczucia, że robi coś konstruktywnego. A wracając do Jarka. I on prawica i Komorowski prawica. Czym się oni niby mają różnić i dlaczego Jarek ma być jakimkolwiek zagrożeniem?

Kompetencje prezydenta są jasno określone w Konstytucji i nie ma on realnego wpływu na kształt systemu prawno-gospodarczo-politycznego. PiS i PO i tak zgadzają się ze sobą w warstwie ideologii, i nie ma dla mnie różnicy czy to Kaczyński, czy Komorowski będzie podpisem pod Całkowitym Zakazem Aborcji, czy mianowaniem Jezusa królem Polski. Nie ma dla mnie różnicy czy ustawa wzmacniająca IPN i żądające lustracji również tych, którzy chodzili do przedszkola w PRL-u będzie podpisana w gabinecie oznaczonym tabliczką Kaczyński czy Komorowski. A w warstwie ekonomicznej? PO bardziej niż PiS, musi polegać na robieniu dobrze wielkiemu kapitałowi, PiS, a co za tym idzie i Jarosław może sobie pozwolić na populizm oraz wetowanie wszelkich ustaw uderzających w najbiedniejszych. Nawet jeśli kierowany populizmem Jarek zawetuje i tak, będąc wrogiem mojego wroga stanie się na tę krótką chwilę moim przyjacielem. Chciałoby się powiedzieć, że wybór Jarosława K. na prezydenta to wybór mniejszego zła, ale to tak jakby powiedzieć, że zatwardzenie jest lepsze niż biegunka.

Prezydent jednak ma jeszcze inną realną, choć nie wynikającą bezpośrednio z ustaw kompetencję. Dzięki swojej obecności i wypowiedziach może wpływać na nastroje społeczne, może zwracać się do narodu, może ze swojej prezydentury uczynić manifestację polityczną. I właśnie na to liczę. Liczę na to, że wybrany Jarosław Kaczyński nie oprze się przerobieniu swojej prezydentury w narodowo-partiotyczny-katolicki teatr, podszyty cynizmem jego własnej osobowości. Liczę na to, że będzie grał kartami śmierci brata i burzył poprawiające się (podobno) relacje polsko-rosyjskie Liczę na to, że będzie kompromitował Polskę w Unii Europejskiej swoimi roszczeniowymi i narodowościowymi postawami. Wtedy i tylko wtedy może pozbawiony świadomości obywatelskiej elektorat, który nie chodzi do wyborów zrozumie, że warto. Zrozumie, że jego głos się liczy, że pora na zmiany, że pora odsunąć od władzy skompromitowane ideologie i zacząć budować coś innego. Liczę, że w odpowiedzi na tragiczną prezydenturę Jarosława Kaczyńskiego paradoksalnie wzrośnie zainteresowanie polityką, szczególnie tego niższego szczebla, i że obywatele w większej, masowej(?) skali, zaczną uczestniczyć w życiu społecznym, jako aktywni gracze, choćby w stowarzyszeniach, fundacjach i kołach. Coś takiego nie stanie się za prezydentury Komorowskiego. Minie jeszcze wiele lat zanim gospodarka w „Polsce status quo” załamie się do tego stopnia by ludzie chcieli zmian. Komorowski gwarantuje tylko to samo co już jest.

Miałem jednak napisać, na kogo będę głosował. Na Ziętka. Oczywiście, że nie ma szans na wygraną. Oczywiście, że 99% wyborców nic o nim nie wie. Oczywiście jednak, że nie będzie to głos zmarnowany. Ziętek jest przedstawicielem tej lewicy, której u nas w kraju nie ma. Lewicy ideowo zbliżonej do marksizmu. Marksizm, który realnie funkcjonuje w krajach zachodniej Europy jest w Polsce zakazany, bo to w końcu to samo co stalinizm, a Marks zabił ks. Popiełuszkę. Nie o to jednak chodzi. Chcę swym głosem nie tylko poprzeć kandydata, który jest mi najbliższy ideowo i podkreślę jeszcze raz, nie uważam bym zmarnował głos (choć wielu ludzi popierających powiedzmy Marka Jurka zagłosuje na Kaczyńskiego, kierując się tą właśnie błędną przesłanką wynikającą z braku tak przeze mnie postulowanej świadomości obywatelskiej). Głos na Ziętka (który swoją droga zachował się tak, jak każdy przedstawiciel biednych i pominiętych zachować się powinien, oddając pieniądze na kampanię na rzecz powodzian) jest głosem również przeciw. Przeciw systemowi, przeciw Imperium, przeciw Prawicy, przeciw skupieniu władzy, przeciw manipulacji, przeciw medialnej wybiórczości i ograniczeniu horyzontów.

Was, którzy to przeczytali namawiam zaś do tego byście zamiast bronić kraju przed Kaczyńskim zagłosowali zgodnie z własnymi poglądami i nie obawiali się oddać głosu na kandydata, który i tak nie wygra. Oddajcie głos by skorzystać ze swego prawa wyborczego, oddajcie go świadomie, kierując się po prostu przemyślanym wyborem (i jak ktoś chce analizą poglądów kandydatów) i pamiętajcie ten głos ma znaczenie.


skomentuj (1)
2010-05-21 13:25:11
Masmedia i walka klas

Telewizja jest metodą informowania mas ludzi, ich wszystkich w swej ogólności i każdego z osobna o tym co się wokół nich dzieje. Jest nośnikiem informacji. Informacja nie zna pana i nie jest od nikogo zależna. Jednak, gdy się temu przyjrzeć bliżej media raczej są opiniodawcze niż informacjodawcze. To co przeciętny uczestnik oglądania telewizji (jak i jej późniejszego komentowania w gronie znajomych czy rodziny) dostaje do dyspozycji to nie jest informacja, to jest wyrwany z kontekstu fragment dodatkowo jeszcze skomentowany, czy to przez dziennikarza, czy tzw. eksperta. Do odbiorcy więc dociera bardziej sugestia tego, jaki świat jest niż jaki jest. Otrzymuje on już gotowy punkt odniesienia, produkt, podany jako „obiektywny” wobec którego może się jedynie odnieść pozytywnie lub negatywnie, rzadko jednak może odnieść się treściowo i praktycznie.

Rozpatrzmy taki przykład: człowiek otrzymuje w programie informację z dziedziny ekonomii, że oto jego kraj należy do grupy rynków wschodzących. „Wschodzący” to piękne słowo kojarzy się z rozwojem z perspektywą, z letnim porankiem, ze słońcem i jasnością, a więc pozytywnie. Można być, jako konsument jedynie dumnym, że mieszka w takim pięknym ekonomicznie kraju. To jest więc punkt odniesienia: pozytywne określenie, którego sensu nie znamy, ale którego skojarzenia są dość jednoznaczne. (Przed wymyśleniem pojęcia „rynek wschodzący” mówiło się kraj trzeciego świata.) Czy przeciętny człowiek w natłoku informacji (w końcu w serwisie informacyjnym każdy wątek zajmuje może 3 minuty) zdąży się zastanowić co właściwie zostało mu powiedziane?

Nie. Nawet nie zdąży przeanalizować czy jest to informacja czy opinia. Jeśli w reklamie ktoś mu powie, że oto ten proszek jest najlepszy, to czy przyjmie to jako informację czy sugestię? Na pewno nie będzie miał czasu i pieniędzy by zweryfikować czy ten proszek rzeczywiście jest najlepszy. Nie zagłębi się w badania z dziedziny chemii by tam odnaleźć informacje jak działają proszki do prania i jak to się ma do konkretnego składu każdego z nich. Kupi proszek, bo potrzebuje prać ubrania.

Ogrom informacji (teraz już wiemy, że opinii), z którymi musi sobie każdy z nas radzić może mieć też i inny skutek. Odciąga nas od zastanawiania się co jest naprawdę ważne. Nie myślimy w dużej skali. Nie myślimy: koncerny produkujące proszki do prania chcą wyciągnąć ode mnie pieniądze sprzedając mi produkt wielokrotnie droższy niż jego wyprodukowanie, którego skład wcale nie jest lepszy niż najzwyklejszego proszku, który używała we „frani” moja babcia.

Żyjemy więc w kulturze masowej, w której jest już ustalony pewien poziom dyskursu, poziom przekazywanych opinii, względem których nie mamy punku odniesienia poza innymi opiniami. Nie mamy dostępu do prawdziwej informacji. Nigdy.

Media, szczególnie masowe i błyskawiczne, ale również w coraz większym stopniu Internet dopuszczają człowieka tylko do wyselekcjonowanych opinii o informacjach. Wszystko co uczestnik kultury może wybrać to którego medium słuchać. Czy będzie czytał komentarze i posty na Onecie, Gazecie, portalu NIE, czy Naszego Dziennika. Wszystko do czego będzie mógł jednak bezpośrednio dotrzeć to opinia, lustro, cień w jaskini, mapa nie zaś terytorium.

Czy informacja więc istnieje? Czy informacja, której przypisuję cechę prawdy obiektywnej w odróżnieniu od opinii przekazującej jedynie prawdę subiektywną, jest osiągalna?

Z pewnością niebezpośrednio. Tylko jako niezgodność w strumieniu opinii, gdy opinie te w swej masie stają się w końcu sprzeczne. Tylko tam, gdzie są sprzeczne da się w ogóle zauważyć, że nie ma się do czynienia z prawdą subiektywną (z której w jakimś sposób zdajemy sobie sprawę), a z kłamstwem. Rzeczywistość masmediów i jej potomka – Internetu jest kłamstwem. W całości, w każdym z jej przejawów, w każdym punkcie również tak gdzie mamy do czynienia z różnorodnością opinii czy interpretacji.

Czy ktoś jednak „zna prawdę”? Czy ktoś kiedyś, gdy massmedia powstawały nie wykorzystał ich by rozpowszechniać swoją subiektywną prawdę, opinię, interpretację rzeczywistości, która z czasem na mocy powszechności stała się jedyną prawdą dostępną?

Jeśli nawet na początku była to świadoma manipulacja, wybór takiej prawdy, jaka działała w interesie konkretnej grupy ludzi to wydaje się, że dziś to już niemożliwe. Nawet jeśli ktokolwiek nadał bieg pierwszym opiniom, pierwszym prawdom subiektywnym nadał ton i poziom interpretacji, podał zasady na których opierać się ma przekaz medialny to dziś istnieje on tylko siłą rozpędu. Możliwy, istniejący, przekaz medialny jest jednak nieweryfikowalny.

Nie każdy bowiem może tworzyć własny przekaz medialny. Nawet w Internecie musisz postępować według pewnych zasad by zostać usłyszanym. Człowiek, który posługiwałby się innym językiem interpretacji niż ten kiedyś nadany, byłby niezrozumiany i niesłyszany tylko na mocy tego, że nie korzysta z istniejącego zbioru prawd subiektywnych.

Kończąc. Jesteśmy oszukiwani. Zawsze. Nie mamy szans na poznanie prawdy o świecie poprzez uczestnictwo w mediach (czy blogosferach). Ktoś kiedyś, w czyim interesie to było i nadal pozostaje, nadał zakres możliwych interpretacji świata, w których możemy publicznie funkcjonować. Wszystko na zewnątrz „nie istnieje”, bo odnalezienie tych punktów sprzecznych w nieskończonej ilości prawd subiektywnych jest dla biernego umysłu niemożliwe, opisanie zaś tych sprzeczności językiem niemasowym, językiem innej interpretacji będzie niezrozumiane. Gdy natomiast opisze się tę prawdę w języku opinii i prawd subiektywnych to jedynie stanie się jedną z nich. Tak jak ten tekst.


skomentuj (2)
księga gości

2010
czerwiec
maj
2008
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
lipiec
czerwiec
maj
marzec
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień